Skocz do zawarto軼i



Zdj璚ie

Mi這嗆, zakochanie, zwi您ki


  • Zaloguj si aby odpowiedzie
6 odpowiedzi w tym temacie

#1 pomalutku

pomalutku

    Wyga

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPipPipPip
  • 793 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna

Napisany 03.05.2018, 18:16

Użyłem wyszukiwarki i o dziwo nie znalazłem żadnego tematu.

 

Pomyślałem, że jak słucham doświadczeń innych, czemu nie popytać tutaj.

 

Chodzi mi o te słynne bliskie relacje z inną osobą w rodzaju miłości, zakochania, bycia ze sobą.

 

To jak te słynne samochody elektryczne - niby widziałem wokół, ale sam nigdy nie miałem przyjemności ;) Po latach zmagań z nałogiem, gigantyczną anoreksją seksualną (która przez zmagania chyba została wzmocniona), zauroczeniach, nieszczęśliwych miłości oraz uciekaniu od kobiet, z którymi "jeszcze mogłoby coś być" zauważyłem, że pod tym względem ciągle stoję w miejscu.

 

Nic dziwnego. Jestem erotomanem. Zauważyłem, że w moim podejściu życiowym jestem poligamistyczny, choć to niezgodne z moimi wartościami. Zachwycam się minimum paroma dziewczynami dziennie. Chciałbym być z paroma. Wiem jednak, że to raniące, odrealnione, a jako zdrowiejący erotoman nie mogę sobie pozwolić na parę romansów na raz. Zwłaszcza jeśli nigdy nie potrafiłem odpalić nawet jednego ;)

 

Przez te wszystkie lata usychania "bo jestem sam", przyzwyczaiłem się, żeby być samemu. A zegar tyka. Powoli jest coraz trudniej. Niby mam dużo możliwości, ba, zyskałem rekordową abstynencję, ale w tych sprawach nadal jestem jak gimnazjalista (czy kiedykolwiek przestałem nim być? ;) ) i jak struś chowam głowę w piasek. 

 

Rozwiązania? Nadal chodzę na terapię. Wiem, że to wszystko połączone wielką rolą kobiet w mojej rodzinie, moich traum, wczesnej seksualizacji i "przespaniu" całego okresu dorastania na zabawach samemu ze sobą. To także lęk przed odrzuceniem skutkujący niechęcią podjęcia prób. To też wygoda bycia samemu połączona z iluzją, że "jutro będzie jakaś lepsza kobieta na horyzoncie" i po części prawdziwymi, choć perfekcjonistycznymi twierdzeniami, że "jeszcze nie jestem gotowy".

Terapia więc trwa. Trwa też naprawianie relacji z rodziną i z samym sobą oraz zaprzestanie uruchamiania, w czym SA wielce mi pomogło.

 

Problem jednak pozostaje. Dlatego pomyślałem, że popytam. Docelowo nie pytam wiecznych kawalerów ani ludzi preferujących krótkie, powierzchowne relacje pełne seksu. To dość proste ;) Chcę zapytać natomiast ludzi w wartościowych związkach: formalnych, ale też tych nieformalnych, ale ugruntowanych i nacechowanych miłością.

Jak doszliście do tego mimo nałogu?

Gdzie leży klucz do związania się z drugą osobą?

Do zaakceptowania jej z jej wadami?

Do pogodzenia się z tym, że nie jest idealną modelką?

Do oddania kawałka swojej wolności?

Czy doszliście do tego poprzez długotrwałą przyjaźń z osobą, która Wam się początkowo wcale nie podobała czy coś zaiskrzyło Wam w sercu od samego początku?

Jak wiedzieliście, że to jest właśnie to, a nie kolejny romantyczno-erotyczna iluzja?

Jaki jest sekret tego, co wiosną dzieje się wokół? ;)

 

 


  • 2

#2 Diesel

Diesel

    Zadomowiony

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPip
  • 215 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna

Napisany 03.05.2018, 19:53

Jak pewnie wiesz, mam żonę, z którą jestem od prawie 11 lat, choć odkąd zaprzestałem m i p to czuję się, jakbym się w niej zakochał na nowo. Dodam też, że chociaż bywałem wcześniej zakochany czy zauroczony, nigdy nie miałem innej dziewczyny ani partnerki seksualnej. Jestem też jedynym partnerem mojej żony.

 

Jak doszliśmy do tego mimo nałogu? Sam nie wiem, pamiętam, że spodobała mi się już gdy pierwszy raz ją zobaczyłem (poznaliśmy się w pracy). Dawałem jej to do zrozumienia, jednak nie odważyłem się powiedzieć jej tego wprost - wstyd się przyznać, ale to ona pierwsza powiedziała mi, że mnie kocha... Kiedy zostaliśmy parą, ja zamiast się cieszyć to wpadłem w panikę - nie wiedziałem co robić, bałem się, że ją skrzywdzę itd. Chciałem nawet się wycofać z tego związku, jednak w końcu stwierdziliśmy, że damy sobie szansę i bez stresu pobędziemy ze sobą i zobaczymy co będzie. Dziś, gdy pomyślę jak blisko byłem zniszczenia tego związku na początku to dochodzę do wniosku, że to musiało być przeznaczenie :-)

 

Gdzie leży klucz do związania się z drugą osobą? Myślę, że trzeba wyzbyć się strachu i zaufać swojemu sercu - czasem głowa będzie mówić "nie", jednak w tym przypadku warto chyba słuchać serca. To samo tyczy się akceptacji wad partnerki - każdy ma jakieś wady czy niedoskonałości więc ideału nie znajdziesz. Jeżeli potrafisz te wady dostrzec a mimo to czujesz coś do danej osoby to to jest wskazówka, że może warto spróbować.

 

Co do oddania wolności - to co oddajesz właściwie nie ma wielkiej wartości, zwłaszcza, gdy porównasz to do tego co dostajesz w zamian - część swojej partnerki.

 

Skąd wiedziałem, że to właśnie "to" - nie wiedziałem, poszedłem za głosem serca... Do dziś zdarzają mi się wątpliwości - ale teraz rozwiewam je myśląc racjonalnie. Czy mógłbym jeszcze być szczęśliwy z kim innym? - zdecydowanie nie. Pewnie, że zwracam uwagę na atrakcyjne dziewczyny i nękają mnie czasem fantazje, ale walczę z nimi i wiem, że nie niosą one niczego wartościowego. Wiem, że mogę zaufać mojej żonie w 100% - chcę, aby ona mogła czuć to samo.

 

A sekret tego co wiosną dzieje się wokół? To chyba chemia w naszych mózgach :-)

 

To chyba tyle.

 

Pozdrawiam,

 

D.


  • 2

#3 stalker

stalker

    Wyga

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPipPipPip
  • 707 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna

Napisany 03.05.2018, 20:56

Chyba nie powinienem tu pisać, bo nie spełniam kryteriów dostępu. Jestem sam. Jednak czytając post pomalutku, jakbym o sobie czytał. Ja też zawsze parę kobiet nosiłem (i nadal noszę) w głowie. Nawet kiedy byłem związany z kobietą. Z drugiej strony mój terapeuta powiedział mi, że tak naprawdę być może nigdy w związku nie byłem. Bo samo nawet paroletnie zamieszkiwanie z kobietą, to jeszcze nie związek. Związek to stan umysłu. Coś co powstaje między dwojgiem ludzi, a kiedy już powstanie, wtedy dopiero może pojawić się miejsce dla tego trzeciego - dziecka. Tak to tłumaczył. Nigdy nie dotarłem do takiego zaawansowanego etapu. Byłem jedynie w czterech "związkach". Jeden trwał coś około roku. Pozostałe średnio po ok. 5 lat. W tych trzech dłuższych za każdym razem docierałem do momentu, w którym już naprawdę trzeba było zdecydować, czy pobieramy się czy nie i za każdym razem wycofywałem się. Gdyby nie presja ze strony dziewczyny, dla mnie taka niedopowiedziana sytuacja mogłaby się ciągnąć bez końca. Ojcostwa zawsze panicznie się bałem.

 

Lęk przed odrzuceniem na pewno hamuje na etapie nawiązywania znajomości. Nie wiem jednak do tej pory czym powodowany jest późniejszy strach przed pełnym zaangażowaniem się.

 

Byłem jakiś czas temu na weselu i gawędziłem z osiemdziesięcioletnią przyszywaną ciotką. Zamożna starsza pani. Sporo doświadczyła. W młodości była piękną kobietą, modelką i aktorką teatralną. Nadal widać w niej tę urodę i szyk. Nawiązała do tego, że jestem sam. Powiedziała, że kiedy natrafia się na tę przeznaczoną sobie prawdziwą MIŁOŚĆ, wtedy to się po prostu czuje. Ma się pewność, że to jest właśnie ta osoba. Słuchałem tego z zadziwieniem i jakimś lękiem. Ja nigdy czegoś takiego nie czułem. Było mnóstwo kobiet, do których nie zbliżyłem się, chociaż chciałem, nigdy jednak nie czułem do nich czegoś takiego. Te, z którymi wiązałem się obarczałem bardzo wielkim bagażem emocjonalnym, jednak i wobec nich nie czułem tego MITYCZNEGO głosu serca, sygnalizującego, że to miłość życia. Natomiast będąc z nimi, miałem głębokie przekonanie, że MAMY SZANSĘ stworzyć udany i szczęśliwy oraz nierozerwalny związek, jednak to wymagałoby dużej pracy przede wszystkim z mojej strony (zawsze byłem świadomy własnej, choć niesprecyzowanej, dysfunkcji) - na co nie potrafiłem się zdobyć. 

 

Generalnie zazdroszczę Dieslowi. On chyba wie o co chodzi. Wyzbyć się strachu. Zaryzykować. Ten głos serca, to chyba takie wsłuchanie się w siebie, rozpoznanie swoich prawdziwych intencji, potrzeb, pragnień.

 

A że nie wygląda jak modelka...

Moja ostatnia dziewczyna miała kompleks na punkcie swego nosa. Rozczulało mnie to. Kochałem i uwielbiałem ten jej kartofelek. W ogóle nie uznawałem tego za wadę. Z czasem jednak, kiedy wciąż podkreślała jej znaczenie i zaczęła wspominać o operacji, zaczęło mnie to irytować. Poza tym była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Nikt widząc ją, nie pomyślałby, że może nie podobać się samej sobie. Teraz myślę, że gdybym oddawał jej całego siebie, gdybym nie skanował babek na około, nie flirtował z jej przyjaciółkami, nie uciekał wciąż od zdecydowanych deklaracji co do naszej przyszłości, to pewnie i ona czując się kochaną, przestałaby przywiązywać do tego wagę. Czasami też mówiła, że nie zasługuję na taką świetną kobietę, jaką ona jest i myślę, że miała sporo racji .

 

A w pierwszym z tych moich dłuższych "związków", jeszcze na studiach, dziewczynie w pewnym okresie przybyło sporo kilogramów. Był to okres mojej rozbuchanej seksualności i zmiany jej ciała bardzo nie były mi na rękę. W końcu próbowałem realizować z nią to wszystko, czego naoglądałem się w filmach porno. Ona zresztą dzielnie sekundowała mi w tych staraniach. A tu nagle straciła smukłość i gibkość, jakiejś Loli czy Pameli. Teraz myślę, że była to reakcja na stres i niepewność, co do wspólnej przyszłości, których jej dostarczałem. W każdym razie wtedy jeszcze byłem na tyle zakompleksiony, że uważałem, iż moja partnerka musi wyglądać świetnie, bo to świadczy o mojej własnej wartości. Wydawało mi się, że inni widząc jej tłuszczyk, oceniają mnie negatywnie. W głębi duszy nadal uważałem ją za atrakcyjną i strasznie mnie podniecała, jednak to uporczywe porównywanie jej do innych dziewczyn - a dokładniej porównywanie samego siebie do innych facetów, którzy przechadzają się ze szczuplejszymi dziewczynami - wpędzało mnie w poważne rozterki. W końcu zrzuciła te kilogramy, ale myślę, że w jej oczach nie wyszedłem zwycięsko z tej próby. Na marginesie dodam, że żona mojego kolegi zrzuciła w ciągu ostatniego roku... uwaga... 30! kilogramów. Inna kobieta po prostu. Biega. Rozstanie z tą dziewczyną bardzo mocno przeżyłem. Nawet próbowałem do niej wrócić, ale ona już nie chciała.


Ten post by edytowany przez stalker dnia: 04.05.2018, 00:50

  • 1

#4 Rafcio78

Rafcio78

    Pocz徠kuj帷y user

  • U篡tkownicy
  • Pip
  • 17 Post闚:

Napisany 03.05.2018, 23:49

Hej! Wydaje mi się, że kluczem jest zrozumienie, że prawdziwa miłość polega na wzajemnym DAWANIU. Oczywiście można trafić na kogoś, kto będzie chciał tylko brać, ale to już ryzyko, którego nie da się uniknąć :( W tej sytuacji trzeba zakończyć taki związek, chociaż taka osoba, kiedy zorientuje się, że to już koniec brania od nas za nic, na ogół sama z nami zerwie. Po prostu skończy się jej interes bycia z nami.

Piszesz, że chciałbyś być z paroma dziewczynami, a ja myślę, że tylko chciałbyś sypiać z paroma. A może chciałbyś, żeby Twoja dziewczyna chodziła jeszcze z paroma mężczyznami oprócz Ciebie?

Piszesz o leku przed odrzuceniem. A na czy polega ten lęk? Że jakaś dziewczyna nie chcąc być z Tobą obniży Twoje poczucie własnej wartości? A gdzie tu DAWANIE jej czegoś?

Patrząc z tej perspektywy odpowiedzi na Twoje pytania wyglądają tak:

 

Jak doszliście do tego mimo nałogu?

Nałóg jest niestety poważną przeszkodą, ale nie uniemożliwia związku całkowicie :)

 

Gdzie leży klucz do związania się z drugą osobą?

Jeżeli kogoś kochasz, to chcesz mu DAWAĆ to co masz.

 

Do zaakceptowania jej z jej wadami?

Nie patrzysz na jej wady, jeżeli nie są zbyt poważne. No chyba, że ma jakieś nałogi, których nie chce leczyć albo po prostu Cię okłamuje - wtedy trudno nic z tego nie będzie.

 

Do pogodzenia się z tym, że nie jest idealną modelką?

A czy Ty jesteś idealnym modelem? Czy naprawdę podniecają Cię kobiety o wzroście 178 cm i wadze 46 kg? Mnie tam wystarczy, że moja żona mi się podoba. A jak dziewczyna się Tobie nie podoba, to po co w ogóle zawracać jej głowę?

 

Do oddania kawałka swojej wolności?

Miłość to w ogóle DAWANIE. Jeżeli tego nie chcesz, to w to nie wchodź!

 

Czy doszliście do tego poprzez długotrwałą przyjaźń z osobą, która Wam się początkowo wcale nie podobała czy coś zaiskrzyło Wam w sercu od samego początku?

Iskrzenie jest bardzo złudne i generalnie przynosi prędzej czy później smutek i rozczarowanie. Naprawdę bardzo ładne dziewczyny doskonale wiedzą o tym, że są ładne i na ogół wykorzystują mężczyzn do zabawy, załatwiania im różnych przysług czy wprost finansowo. Ale z drugiej strony chyba nie da się pokochać kogoś, kto się w ogóle nie podoba. Przynajmniej z perspektywy mężczyzny. Po prostu jakaś dziewczyna może i się podoba, ale jak sam pisałeś, mężczyznom podoba się wiele kobiet i to jeszcze żaden argument do bycia razem. Ale jakoś po kilku rozmowach odkrywacie, że się lubicie, a to już dobrze, no i wiele was łączy, w tym wzajemne pożądanie i można spróbować być razem.

 

Jak wiedzieliście, że to jest właśnie to, a nie kolejny romantyczno-erotyczna iluzja?

To pytanie zostawiam filozofom ;)

 

Jaki jest sekret tego, co wiosną dzieje się wokół?

W sumie to niezbyt mnie to interesuje, ale przypadkowo słuchając rozmów takich parek, to chyba więcej tu chęci "pokazania się" i pożądania niż miłości. Bo w miłości wiosna trwa cały czas.


  • 1

#5 Diesel

Diesel

    Zadomowiony

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPip
  • 215 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna

Napisany 04.05.2018, 07:36


 (...) W każdym razie wtedy jeszcze byłem na tyle zakompleksiony, że uważałem, iż moja partnerka musi wyglądać świetnie, bo to świadczy o mojej własnej wartości. Wydawało mi się, że inni widząc jej tłuszczyk, oceniają mnie negatywnie. W głębi duszy nadal uważałem ją za atrakcyjną i strasznie mnie podniecała, jednak to uporczywe porównywanie jej do innych dziewczyn - a dokładniej porównywanie samego siebie do innych facetów, którzy przechadzają się ze szczuplejszymi dziewczynami - wpędzało mnie w poważne rozterki (...) .


Stalker, myślę, że trafiłeś w sedno tematu wad czy niedoskonałości partnerki i jak sobie radzić z tym, że nie jest ona idealną modelką. Ludzie czasem nie zwracają uwagi na to czy dana rzecz im przeszkadza, tylko na to jak inni będą ich oceniać widząc ich w związku z daną osobą. Gdy jesteś mężczyzną, który wie czego chce i zna swoją (i swojej partnerki) wartość - wtedy Cię to nie rusza. Gorzej, gdy jesteś chłopcem, który próbuje podbudować poczucie własnej wartości poprzez atrakcyjną partnerkę...
  • 1

#6 Rar鏬

Rar鏬

    Powsta造 z popio逝

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPip
  • 428 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna
  • Sk康:鏚 / Pozna

Napisany 04.05.2018, 07:37

Cześć pomalutku!

 

Bardzo ważny temat i pytania. Ja zauważyłem, że trudność w utrzymaniu emocjonalnej bliskości i ogromny strach przed nią były główną przyczyną mojego uzależnienia. Przepracowanie tych kwestii uważam za o wiele większe osiągnięcie, niż utrzymywanie abstynencji jako takiej. Miałem taki schemat, przez bardzo długi czas, że wchodziłem w relacje, ale jeśli tylko ktoś mnie akceptował, kochał i rozumiał, była szansa na prawdziwą bliskość - to zwiewałem gdzie pieprz rośnie, wewnętrznie (odcinając się od swoich emocji lub je zagłuszając), lub zewnętrznie (kończąc relację lub doprowadzając do kłótni). 

 

Byłem przez długi czas osobą uzależnioną i także wchodziłem w związki, część z nich mimo mojego problemu była całkiem udana, ale prędzej czy później kończyły się ze względu na powyższy schemat. Dla mnie kluczem było zrozumienie że a) stan zakochania to nie to samo co miłość, b) relacja nie zapełni dziury w mojej duszy, c) nikt z kim będę nie będzie idealny, ale ja mogę zacząć doceniać tą osobę za to jaka jest. Ten trzeci punkt był dla mnie najtrudniejszy. Nie chodzi tu tylko o wygląd, bo na początku zdrowienia porównywałem moją dziewczynę do aktorek porno i wiecznie mi coś nie leżało. Chodzi też o jakieś wymarzone, idealne cechy charakteru. W końcu uderzyła mnie brutalna prawda - mogę znaleźć kogoś kogo lubię, akceptuję, kto ma większość tych cech, ale ideały istnieją tylko w mojej głowie. Próbowanie zmieniania i formowania kogoś pod siebie kiedy się z nim jest to większa krzywda niż danie tej osoby do zrozumienia że nic z tego nie będzie. Miłość dla mnie tym się różni od zakochania, że zakochanie jest jak fala, taki haj, który cię zalewa, natomiast miłość jest jak ocean. Ona zawsze jest, nawet jeśli nie ma fal. Nawet jeśli nie ma seksu. Nawet jeśli nie jest idealnie. Zakochanie natomiast potrzebuje pewnego rodzaju złudzeń, iluzji na temat osoby, aby się utrzymywało. Kiedy coś niszczy te iluzje, stan zakochania pęka jak bańka mydlana. To moment w którym wiele osób nieświadomych tego kończy relacje. 

 

Nie traktuję związku jako oddania kawałka swojej wolności. Jeśli jest się asertywną osobą, to można dalej się realizować będąc w związku. Robić to co lubimy. A czasem ma się w tym też kompana. Związek traktuję bardziej jako inwestycję, coś co powoduje, że człowiek zyskuje taką solidną bazę z której może się wybić. To nie jest strata czegokolwiek. No chyba że strata fragmentu naszego egoizmu ale z tym się żegnam z radością, wystarczająco go już było w moim życiu.

 

W związkach byłem wielu, ale mój obecny trwa 1,5 roku i jestem z niego bardzo zadowolony. Moją dziewczynę poznałem na studiach. Wcześniej przez wiele lat znałem ją z widzenia, z korytarza i mi się podobała ale nie rozmawiałem bo byłem w innym związku. W końcu po rozstaniu i dwóch latach żałoby zdecydowałem się zagadać, zaprosić na kawę i to się okazał strzał w dziesiątkę. Wspomniałem na trzeciej randce o tym, że miałem problem z uzależnieniem, ale że teraz pomagam uzależnionym wyjść z tego nałogu i jestem już na zupełnie innym etapie mojej podróży. Była mi wdzięczna za szczerość i wspiera mnie bardzo w utrzymywaniu mojego zdrowienia. 

 

Jak doszedłem do tego wszystkiego pomimo nałogu? Wydaje mi się, że po prostu przez refleksję i praktykę. Wchodziłem w różnego rodzaju relacje na przestrzeni lat, część była toksyczna a w części ja byłem toksyczny. To mnie bardzo wiele nauczyło. Nigdy też mój nałóg nie wpływał na to jak sobie radzę w łóżku z partnerką więc ten element nie miał aż takiego znaczenia w relacji. Bardziej doskwierało mi to szukanie ideału i wieczne niezadowolenie - i myślę że moim kobietom również. Teraz widzę w naszych wadach coś jak blizny na starym drzewie - to jest ostatecznie coś, co czyni nas nami, czyni nas ludźmi i to jest piękne :-) 


  • 1

#7 stalker

stalker

    Wyga

  • U篡tkownicy
  • PipPipPipPipPipPipPip
  • 707 Post闚:
  • P貫:M篹czyzna

Napisany 04.05.2018, 08:39

Zastanawiałem się kiedyś, czy jakaś przypadłość umysłowa może sprawiać, że człowiek nie jest w stanie zakochać się. W końcu owo zakochanie to niezwykle przyjemny, ale przemijający stan oparty na swoistym zaburzeniu biochemicznej równowagi mózgu. Jak twierdzą naukowcy przedłużanie tego stanu byłoby wręcz groźne dla życia, bo człowiek traci wtedy zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. Wydaje mi się, że nigdy takiego nieracjonalnego zakochania nie przeżyłem. Doświadczyłem zauroczenia emocjonalnego (to znaczy zależało mi na byciu z kimś i staniu się ważnym dla niego), namiętności, poczucia bliskości, troski o kogoś, także idealizacji. Wydaje mi się jednak,że nigdy nie było to owo literackie, pozbawione rozumu, ZAKOCHANIE SIĘ. Zawsze czułem się bardzo świadomy (ale może to było zdystansowanie się, pozostawanie jakby obok) moich odczuć. Również odczuć związanych z nieudanymi próbami zbliżenia się do danych kobiet nie nazwałbym stanem nieszczęśliwego zakochania się.

Wydaje mi się, że zakochanie wymaga jednak jakiegoś minimalnego poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa. Przekonania, że możemy sobie w jakimś stopniu popuścić kontroli, rozluźnić się, trochę "oszaleć" na punkcie danej osoby. Jeśli ktoś żyje w stanie nieustannego wewnętrznego napięcia i poczucia zagrożenia (a tak chyba żyłem/żyję), to i na ryzyko nieopanowanego zakochania się nie może sobie pozwolić.

Bezpieczniejszą formą dostarczania sobie tej przyjemności jest wtedy PAM. Być może zaawansowany nałóg (oparty może na podobnych przemianach biochemicznych w mózgu) jest istotną barierę dla osiągnięcia stanu zakochania się. Może nałogowy haj seksoholika w jakimś stopniu przypomina takie krótkotrwałe zakochanie się? Wtedy te małe pornozakochania tłumią albo wypierają umiejętność popadnięcia w stan "dużego" zakochania się - wobec żywej osoby.

Zresztą istnieje chyba też psychiczna przypadłość polegająca na uzależnieniu się od popadania w stan zakochania (częstsza chyba wśród kobiet).

P.S. Zakochany mózg http://neuropsycholo...kochanego-mozgu

Ten post by edytowany przez stalker dnia: 04.05.2018, 12:29

  • 0